środa, 1 czerwca 2016

Rozdział 21 - The Things We Lost In The Fire

Witam bardzo serdecznie, po naprawdę długiej przerwie! Jest mi niezmiernie przykro, głupio.. hmm sama nie wiem, w każdym razie nie jest to miłe uczucie. Nie chciałam, żeby tak wyszło, że kazałam Wam tyle czekać, jednak siła wyższa sprawiła, że nie mogłam wrócić do pisania. Niedawno skończyłam już matury, teraz pozostało tylko czekać na wyniki. Wiem, że to nie jest wytłumaczenie, ale nie miałam do tego głowy. Ale jako że będę miała teraz naprawdę duuużo czasu, moim postanowieniem jest powrót do pisania. Dlatego łapcie i czytajcie kolejny rozdział!
Dajcie mi poza tym znać ile osób to jeszcze czyta, pytam z czystej ciekawości!
Buziaki dla wszystkich!

Rozdział 21 - The Things We Lost In The Fire

*Louis POV*

Valerie ciągnęła mnie bez słowa za rękę. To milczenie mnie dobijało, ponieważ wiedziałem, że jest roztrzęsiona po rozmowie z ojcem. W sumie roztrzęsiona to bardzo nietrafne określenie. Przeplatała ją wściekłość z rozdrażnieniem. Bałem się odezwać, bo nie chciałem jej denerwować jeszcze bardziej. W ciszy szliśmy przez pobliski las, a ja próbowałem za wszelką cenę zapamiętać drogę, w razie gdybym znów musiał szukać Valerie, kiedy ucieknie. Ewentualnie przekazać tę informację osobie, która przejmie moje obowiązki po moim odejściu. Myśl o tym, że już niedługo będziemy musieli się rozstać coraz częściej przewijała się w mojej głowie. Nagle między drzewami zaczęło wyłaniać się ogrodzenie i mały domek na leśnej polanie. 
-Jesteśmy - powiedziała Val kiedy tylko przekroczyliśmy bramę. Otoczenie wyglądało jak z bajki. W powietrzu unosił się zapach świeżości i kwiatów. Wszystko było takie kolorowe i magiczne. Jedyną rzeczą, która sprawiała, że byłem pewny, że nie jest to sen było uczucie opustoszenia. 
Valerie usiadła na trawie i podciągnęła kolana, opierając o nie brodę. Lustrowała otoczenie w ciszy i skupieniu, a ja nie chcąc jej tego przerywać usiadłem za nią i przyciągnąłem jej ciało do siebie. Odchyliła głowę do tylu i oparła ją o mój obojczyk przyglądając się mojej minie. 
-Pięknie tu, prawda? - odezwała się szeptem, jakby sama do siebie, wzdychając ciężko. Zaśmiała się sarkastycznie, a ja wciąż milczałem. - To było miejsce w które zawsze przychodziliśmy z rodzicami w wolnym czasie. W tym miejscu rozkładali koc - wskazała palcem - i robiliśmy sobie rodzinny piknik. Później godzinami bawiliśmy się wspólnie, a wieczorami, albo jak pogoda nie dopisywała siedzieliśmy przy kominku pijąc gorącą czekoladę. Tata opowiadał żarty a wszystko było takie beztroskie. Pamiętam, jakby to było wczoraj.
-Valerie nie musisz mi tego opowiadać, jeśli nie chcesz - przerwałem jej w końcu, ponieważ widziałem jakie to było dla niej trudne.
-Chcę, naprawdę. Jesteś jedyną osobą oprócz Caroline i Paula, której chcę to opowiedzieć, więc zamknij się i słuchaj - dodała żartobliwie, czułem, że z nią już lepiej, ponieważ jej oddech się uspokoił.  
-Kiedy moja mama umarła nie mogłam zrozumieć dlaczego już tu nie przychodzimy. To miejsce dawało mi tyle radości a przychodząc tu czułam jej obecność, nawet kiedy nie było jej już z nami. Jednak tata nie mógł tego zrozumieć. Twierdził, że nie może już tu przychodzić, bo wszystko przypomina mu o tym, że jej nie ma. Takim sposobem właśnie straciłam ich oboje. Na początku myślałam, że tylko mamę bezpowrotnie...
-Nie mów tak - przerwałem jej. Wpatrywała się w jeden punkt przed sobą. 
-Lou, kiedy tak jest. Tata nawet nie chciał słuchać, że moglibyśmy tu przyjść. Później spędzaliśmy coraz mniej czasu, aż w końcu prawie przestałam go widywać. Przychodziłam tu czasem z Paulem, a kiedy byłam starsza dbałam o ten dom jak o swój. Sprzątałam tu, wynajmowałam ogrodnika. Bardzo chciałam, żeby chociaż w tym miejscu było jak wcześniej. 
Przytuliłem ją mocno do siebie i wsłuchiwałem się w jej oddech. Mówiła o tym wszystkim tak spokojnie. Gdybym jej nie znał, dałbym się na to nabrać, jednak wiedziałem, że bardzo to przeżywa. 
Położyłem się na trawie a ona obok mnie. Czułem, że chciałbym, żeby tak było na zawsze, ale wiedziałem, że to praktycznie niemożliwe. 
-Nie chcę Cię stracić - wyszeptała, jakby sama do siebie, jednak ja to doskonale słyszałem. Przytuliłem ją mocniej, chcąc okazać jej moje wsparcie. Czułem jak powoli ją tracę a ogień moich uczuć do Valerie zżerał mnie od środka. Choć serce mówiło mi, że nie mogę jej zostawiać, rozum podpowiadał, że to będzie dla niej najlepsze.
-Wracajmy już do domu, przeziębisz się - powiedziałem po dłużej chwili trwania w zamyśleniu.
-O czym myślałeś przez ten czas, kiedy tu jesteśmy? Prawie wcale się nie odzywasz.
-Nie martw się - pocałowałem ją w czoło. - Po prostu jestem zmęczony.
-Dobrze, powiedzmy, że Ci wierzę - powiedziała podejrzliwie. Wiedziałem, że to nie jest prawda, jednak wolałem nie drążyć tematu. - Wracajmy już.
Chwyciła mnie za rękę i powoli, bez pośpiechu wracaliśmy do domu, tak jakby nic teraz nie miało znaczenia. 

***

*Valerie POV*

Najcięższe są powroty? Z pewnością. Wracaliśmy do domu co chwilę patrząc się na siebie, niczym zakochani w sobie gówniarze, którzy dopiero się poznali. Próbowałam nacieszyć się jego bliskością i beztroską, jaką mogłam mieć tylko z nim. To Louis sprawiał, że mogłam czuć się bezpieczna i zapomnieć o wszystkim co się teraz dzieje w moim życiu.
Już od progu czekała nas niemiła niespodzianka.
-Słońce! Tak się o was martwiłam! - wykrzykiwała Vanessa. - Zrobię wam kolację.. 
-Stop - powiedziałam stanowczo. - Nie mam pięciu lat, wiec jak będę głodna to sobie poradzę, poza tym przepraszam, ale nie mam na nic ochoty i jestem cholernie zmęczona.
Blondynka wpatrywała się we mnie zszokowana, jakby nie spodziewała się, że jej się postawię.
-Możemy porozmawiać? - spytała po chwili wpatrywania się we mnie.
-Nie mam ochoty - wyminęłam ją z zamiarem udania się do swojej samotni. No, ewentualnie samotni Louisa. 
-Nie proszę o wiele, pięć minut - nalegała. Przewróciłam oczami a Lou wskazał głową, żebym się zgodziła. Uśmiechnął się do mnie zawadiacko i puścił oczko. Pod naporem jego siły perswazji, którą jest łobuzerski uśmiech, odwróciłam się na pięcie w stronę Vanessy.
-To ja już pójdę na górę - przerwał niezręczną ciszę. - Dobranoc.
-Śpij dobrze - odezwała się "ukochana mojego taty".
Ponownie przewróciłam oczami. Stanęłam na przeciwko niej i przyglądałam jej się wyczekująco.
-Chciałabym Cię przeprosić i spróbować znaleźć nić porozumienia. Naprawdę Lerie, nie zależy mi na niczym innym tylko na tym, bo wiem, że Twój tata bardzo by się ucieszył.
-Wolałabym Valerie, Lerie dla przyjaciół i bliskich, a Ty z pewnością nie zaliczasz się do tego grona - syknęłam, jednak po chwili ugryzłam się w język i opanowałam. To było bardzo niegrzeczne, choć powiedziałam tylko co myślałam. Nie wiem co w tym złego, ale nie tak mnie wychowano.
-Przepraszam, nie miałam tego na myśli, to przez zmęczenie - położyłam teatralnie palce na skroni, chcąc ukryć kolejny raz kiedy to przewracam oczami. - Przejdę do sedna. Wątpię, że uda nam się kiedykolwiek zaprzyjaźnić, potrzebuję czasu, żeby w ogóle zacząć Cię tolerować. Wyjdę może na niemiłą, ale nie załatwimy tego jedną rozmową. Dobranoc.
-Dobranoc, Valerie - przytaknęła i uśmiechnęła się do mnie ciepło. W jednej chwili pożałowałam tego, że tak ją potraktowałam. Może nie taki diabeł straszny jak go malują? A skoro tata ją prawdopodobnie kocha, to może i ja powinnam zmienić nastawienie. Wiem dobrze, że nie zastąpi mamy, ale czasu nie cofnę. Nie mogę patrzeć wciąż w przeszłość, ponieważ przez to nie będę mogła zrobić kroku do przodu. 
Powoli udałam się do pokoju Louisa i weszłam ostrożnie rozglądając się za nim. Pewnie był w łazience. Położyłam się na jego łóżku i czekałam aż wróci, jednak moje oczy stawały się coraz cięższe. Nagle drzwi od łazienki powoli się uchyliły, a ja obserwowałam przez w połowie zamknięte oczy, jak Lou z mokrymi, rozmierzwionymi włosami zbliża się do mnie. Uśmiechnęłam się tylko delikatnie, na co on od razu zareagował pocałunkiem w czoło.
-Dobranoc Słońce - zachichotał, parodiując Vanessę.
-Dobranoc - wyszeptałam i zamknęłam oczy zasypiając.